Przeczytasz w: 6 minut.
To jest mój dziesiąty tekst na tym blogu. Jeszcze 3 miesiące temu ta przestrzeń istniała tylko w moich marzeniach. A teraz istnieje naprawdę.
I mimo, że to dopiero dziesięć wpisów, to już nauczyłam się o pisaniu, marketingu, działaniu, sobie samej, i osobach, które mnie czytają1 tylu rzeczy, że bym się tego zupełnie nie spodziewała.
Wilki dwa
Gdy zakładałam On czy off, obiecałam sobie, że nie będę przejmować się liczbą subskrybentów i że jeśli mój wpis pomoże chociaż jednej osobie, to to już będzie sukces. Moje podejście jest nadal aktualne i można od nim przeczytać zarówno w pierwszym, jak i drugim moim tekście.
Jednak z biegiem czasu liczba serduszek i subskrypcji zaczęła przejmować mnie bardziej, niż chciałabym to przyznać. W dniu publikacji co i rusz sprawdzam, czy nie pojawił się może nowy komentarz, mail albo powiadomienie o wpisie. Zajmuje mi to czas, zajmuje mi to myśli, i tylko pogarsza mój nastrój. A poza tymi negatywnymi konsekwencjami nie zmienia zupełnie nic – to, że natychmiast dowiem się o nowym lajku lub jego braku nie wpłynie w żaden istotny sposób na jakość tego tekstu, kolejnych tekstów, na moje zarobki, relacje, czy w ogóle życie.
Mam przyjaciela, który kilka lat temu założył własną firmę. Gdy przyszedł moment, że potrzebował się rozrosnąć, poszedł na kurs marketingu i niedawno wypuścił pierwszą dużą kampanię marketingową. Gdy spytałam go o pierwsze wyniki, powiedział mi, że zalecenie jest takie, że przez pierwszy tydzień od wypuszczenia kampanii nie powinno się zaglądać do jakichkolwiek statystyk – bo można by od tego oszaleć.
Także wiem, że nie powinno się tego na bieżąco monitorować. Zgadzam się z tym i nie chcę tak robić, a jednak bardzo trudno się powstrzymać. I tak się bujam od wybuchów radości – bo ktoś wysłał mi feedback, opisał swoją perspektywę – do poczucia beznadziei, bo z X wyświetleń dostałam “tylko” Y odpowiedzi.
Ciekawi mnie, jak wiele osób zmaga się z tym uczuciem i czuje coś podobnego przy swoich projektach. Szczególnie po tym, jak pierwszy hype po rozpoczęciu czegoś nowego już minie – bo na początku więcej ludzi kibicuje i wspiera, ale ten entuzjazm naturalnie opada przecież z biegiem czasu.
Mój przyjaciel – ten od firmy, który sam przechodził przez to wszystko – mówi, że opad entuzjazmu to jest ten moment, w którym 90% osób rezygnuje. Ja nie zamierzam, mimo że emocjonalnie jest to czasami trudne. Myślę, że to jest też trochę sprawdzian, dlaczego to robię – czy faktycznie chcę się czymś podzielić, czy szukać aprobaty.
Chcę być odporna na miary sukcesu, w które próbuje popchnąć mnie świat – i pozostać wierna swoim własnym. A żeby się w tym wyćwiczyć, muszę dalej robić swoje.
Gwiazda polarna
Ta sytuacja szczególnie mocno przypomina mi, że nawet jak coś sobie postanowimy, to trzeba sobie o tym przypominać. Nie wystarczy raz coś komuś powiedzieć albo sobie postanowić. Nowe informacje spływają, nowe rzeczy się dzieją i żeby nie stracić swojego założenia sprzed oczu, trzeba je sobie po prostu powtarzać.
Apki z AI
Pamiętanie o pierwotnych założeniach jest kluczowe w mojej pracy – przy projektowaniu produktów cyfrowych. Bardzo często jest tak, że jakaś nowa funkcjonalność powstaje z konkretnego powodu, ale z biegiem czasu dorzuca się do niej nowe pomysły, nowe warianty, bo ktoś coś zobaczył lub z kimś porozmawiał, i powoli kurs całości zmienia się na tyle, że pierwotny cel zostaje zupełnie wypaczony.
Aktualnie bardzo dużo firm bezmyślnie dorzuca chaty AI do swoich produktów, bez jasnego określenia, w czym taki czat miałby w ogóle pomóc2. Nierzadko zdarza się, że przypadki użycia, do których czat miałby być użyty, dałoby się ograć dużo prościej3 – gdyby tylko ktoś jasno określił cel, który ten czat ma spełniać, i uczciwie ocenił, czy faktycznie to robi4.
Zdarza się, że w toku rozwoju produktu muszę pytać: “Hej, pamiętacie, jaki jest cel tego projektu? Albo trzymamy się tego celu, ale wtedy te nowe pomysły nie pasują, albo zmieniamy cel. Musimy wybrać.”
I tak jak zawodowo jestem wprawiona w tym, żeby pilnować, czy decyzje i podejmowane działania zespołu zmierzają w kierunku ustalonego celu – tak w przypadku życia prywatnego często trudno jest mi się upilnować. Jednym z niedawnych przykładów mojej nieświadomej zmiany założeń był proces projektowania nowego mieszkania.
Projektowanie mieszkania
Z racji spaczenia zawodowego – bo wiem, jak często wyglądają i działają aplikacje i strony, które nie były projektowane przez specjalistę – uparłam się, że nasze nowe mieszkanie chcę mieć zaprojektowane przez projektantkę wnętrz. W założeniach mieszkania mieliśmy to, żeby baza kolorystyczna była w miarę neutralna, a żebyśmy mogli stylizować mieszkanie łatwo wymienialnymi rzeczami – poduszkami, materiałami, rzeczami na półkach.
W toku prac, gdy projektantka pokazywała nam wizualizacje, wiele razy moim zarzutem było to, że jest nudno, nijako, za mało kolorowo, i koniecznie chciałam dodać jednak jakiś kolor. Na szczęście zawsze w takich momentach projektantka przypominała mi nasze pierwotne założenie – neutralna baza, która ma pasować do naszych kolorowych kubków, książek, planszówek, figurek, pościeli i poduszek, które potem wypełnią tę przestrzeń. I pytała mnie wtedy: “Hej, a pamiętasz, jakie były początkowe ustalenia? Albo się ich trzymamy, ale wtedy dodanie koloru tu nie pasuje, albo je zmieniamy. Musicie wybrać.”
Dokładnie tak samo, jak ja przypominam o tym osobom, z którymi współpracuję przy projektowaniu aplikacji.
Pamiętaj o tym, co jest ważne
Świadome przypominanie sobie założenia, wartości, celu jest strasznie ważne, i to w wielu obszarach naszego życia. Nie wystarczy, że raz powiesz komuś “kocham cię”, i to starczy na całe życie – trzeba tę intencję odnawiać. Nie wystarczy, że raz sobie postanowię, że nie będę jeść słodyczy – muszę sobie to postanowienie przypominać (szczególnie w krytycznych momentach), aż dopóki nie dopnę swego. Religie również wykształciły przecież system regularnych modlitw, które stale i regularnie mają przypominać wierzącym, jak być dobrym człowiekiem.
Wiele sytuacji z życia pokazało mi, że jeśli mi na czymś zależy, i jest to dla mnie naprawdę ważne, to muszę znaleźć sposób, żeby to sobie powtarzać, odnawiać, przypominać. Bo inaczej proza życia, nadmiar treści, i wszechobecne rozpraszacze mogą łatwo sprawić, że zapomnę i, nawet nieświadomie i niechcący, zmienię kurs na taki, na którym nigdy mi nie zależało.
W przypadku On czy off mój sposób jest taki: co tydzień odświeżam sobie moje dwa pierwsze teksty – w których pisałam o założeniach dotyczących tego bloga – i mocno skupiam się na tym, po co ja to wszystko robię.
Dziękuję, że czytasz!
Mam nadzieję, że też znajdziesz swój sposób na pamiętanie o tym, co jest ważne 🫶
Udanego tygodnia,
Kasia
Trzy poprzednie wpisy
Info dla językowych nerdów: tak, właśnie zastosowałam metonimię autora. Uwielbiam 🫶
Przykłady bezsensownych funkcjonalności AI, które wprowadził m.in. LinkedIn oraz Meta znajdziesz w tym artykule: https://www.nngroup.com/articles/ai-user-value/
Inny przykład bezsensownej implementacji czata AI, o którym niedawno usłyszałam: zarządzono zrobienie czata AI do aplikacji sprzedażowej, żeby użytkownicy mogli szybko od czata otrzymać listę nieopłaconych faktur. Hmm… A czy nie mamy już przypadkiem znanego wzorca projektowego, który jest o wiele tańszy w wykonaniu, i o wiele szybszy dla użytkownika, i który nazywa się… filtr w tabeli? Czasem śmieję się, że analogicznie do stwierdzenia “mieliśmy spotkanie, które mogłoby być mailem” standardem stanie się niedługo “zrobiliśmy feature AI, który mógłby być filtrem”.
Może być też tak, że cel funkcjonalności AI jest czysto marketingowy, a nie użytkowy – np. żeby móc pochwalić się światu, że “używamy AI”, bo to jest modne i zwiększy sprzedaż. I wszystko jasne – w takiej sytuacji nie ma co przepalać pieniędzy i czasu na dywagowanie, o co użytkownicy będą tego czata pytać, tylko dorobić AI w takiej formie, jaka będzie najszybsza i najmniej kosztowna, i samo to już spełni zadany cel. Tylko żeby na to wpaść, trzeba sobie ten cel jasno postawić, i o nim pamiętać.






Gratulacje!! 🎉 Dużo ostatnio myślę o tej wewnętrznej motywacji (również dzięki Twoim wpisom!) – do tej pory w życiu miałam taką taktykę, że motywowało mnie po prostu robienie rzeczy z innymi ludźmi. Wydarzenie w Krakowie organizuje z przyjaciółmi, podcast z przyjaciółką, a eseje pisze z przyjacielem. Takie zawieszenie odpowiedzialności gdzieś poza mną jest dla mnie super przydatne, bo nie zadaje sobie dzięki niemu pytania: czy powinnam się tym zająć? Obiecałam coś komuś, więc się tym zajmuje i tyle 🤨ALE: niestety sprawiło to, że niesamowicie trudno jest mi się motywować do rzeczy, które robię sobie sama dla siebie, co jest okropne, bo w końcu jestem swoją najważniejszą interesariuszką! Także z radością przyjmuję Twoje rady i staram się je aplikować tam, gdzie odpowiadam przed sobą, a nie innymi 💓
"Jednak z biegiem czasu liczba serduszek i subskrypcji zaczęła przejmować mnie bardziej, niż chciałabym to przyznać" - same here. I stało się to w zasadzie tuż po tym jak napisałem artykuł w którym napisałem, że mój newsletter jest dla mnie, a nie dla zasięgów.
Próbuję zrozumieć naturę tej rzeczy w moim przypadku.
To chyba chęć bycia wysłuchanym, ważnym, zauważonym, cenionym.
To niepowstrzymana siła, która karze mi dawać dowody mojej przydatności światu.
To nadzieja, że mój trud kiedy uczyni mnie bogatym i otoczonym gronem przyjaciół.
To potrzeba jaką posiadają artyści, którzy malując obrazy, niby malują je dla siebie, ale wernisażom nie odmówią. W każdym artyście jest coś z próżniaka albo niedowartościowania.
Bo cała nasza wena pochodzi z trawienia doświadczeń, próbie zrozumienia siebie i świata, oraz z cierpienia.
Piszę żeby nie być sam.
Siedząc przed kompem samemu.